czwartek, 13 stycznia 2011

Uluru trip part 3

Dzień 7
Noc spędziliśmy w hostelu backpakerskim w towarzystwie 2 Chinek czy innych Azjatek - nie wiemy - kontaktu nie było. Wstajemy rano - miało nie być pośpiechu, miało być w końcu spanie do oporu - jak to na wakacjach, ale trzeba sprawdzić czy nie ma dla nas nowego deala relokacyjnego (auta czekającego na transport naszymi osobami). Po irytującej walce z internetem stwierdzamy, że deala nie ma - szkoda. Nie możemy odżałować, że ktoś uszkodził buszkampera Landcruisera, którym mieliśmy jechać do Alice Springs i Uluru (zwanym w pewnych kręgach Mparntwe :) ). Nic to. Adelajda też niby piękna. Prowincjonalna - nie to co naturalnie piękne, ale europejskie Sydney czy Melbourne. A niedaleko Kangaroo Island z dziką fauną i florą i niezniszcznoymi jeszcze do końca przez ruch turystyczny dzikimi plażami. Jemy wkalkulowane w cenę hostelu  naleśniki i obmyślamy plan na dzień / podzień (w końcu dzień relaksu też się przyda). Tajemnica nieskażonych nadmiernym ruchem turystycznym dzikich plaż po odkryciu cen promów przestaje być tajemnicą i nieco nas zasmuca. Chyba jednak wolimy 2 tygodnie w Wietnamie niż 3 dni na wyspie kangurów. Plan - relaksacja, zwiedzanie Adelajdy; zobaczymy co będzie jutro.
Jutro jednak jest dziś - pojawia się deal! - Adelajda - Alice Springs, tak jak chcieliśmy, tylko nie 4WD. Szkoda, ale nie wiemy ile będziemy czekać a niestety nie mamy za dużo czasu / kasy by wybrzydzać. Szybka decyzja - bierzemy! Przynajmniej będziemy w Mparntwe, tak jak chcieliśmy, choć pewnie po drodze nie zobaczymy tyle outbacku ile chcieliśmy, musząc przemieszczać się 3 tonowym, napędzanym tylko dwoma kołami tzw. motor homem! Bo taka właśnie fura na nas czeka. Landcruiser wydawał nam się duży - ten Mercedes Sprinter to mega krowa! Wsiadamy. Pierwsze metry znowu niepewne. Nic dziwnego. W środku toaleta, prysznic, TV!, mikrofala, kuchenka, lodówka. Łoże większe i chyba wygodniejsze nż jakiekolwiek, w naszej wspólnej bytności, wcześniej użytkowane. Cały czas tęskniąc za Toyotą przyzwyczajamy się do tego mega wygodnego, luksusowego domu na kołach. Chyba nam się w dyńkach poprzewracało - mamy nadzieję, że wygody nam zbytnio nie uderzą do głowy.
Szkoda, że nie spędziliśmy trochę więcej czasu w Adelajdzie. Jadąc przez miasto, tak na szybko, urzekła nas obfitość w nim zieleni i właśnie prowincjonalny charakter. Jest zdecydowanie inaczej niż w Sydney. Ale tak jest chyba z większością największych miast - są inne. Mimo wszystko chyba bardziej kręci nas dzikość natury  niż miasta, które w gruncie rzeczy przecież nie mogą się aż tak od siebie różnić. Dlatego z radością ruszamy w dalszą drogę. Im wyżej w górę kontynentu tym miasta stają się rzadsze, a ludzie w nich napotykani zgoła inni od tych wielkomiastowych.Chyba zaczynamy dostrzegać sedno prawdzwej Australii. To kraj młody, olbrzymi, piękny, z wszelkimi bogactwami naturalnymi, ale przez młodość swą wciąż niezdarny, rozwijający się. No bo jak 20 mln ludzi może ogarnąć kraj niewiele mniejszy od USA? Wydaje nam się, że Australia chwyciła Pana Boga za nogi organizując olimpiadę. Sydney, Melbourne i może jeszcze kilka innych miast mocno ruszyło do przodu. Prowincja jest dużo mniej rozwinięta, a ludzie zamieszkujący te tereny zdają się nie zważać na próbujące utrzymać się w tempie światowego rozwoju wspomnmiane miasta. Żyją teraźniejszością, i mimo iż nie mają modnych ciuchów i starannie przyciętych grzywek cieszą się życiem. Chyba zaczynamy rozumieć znaczenie słowa outback. To nie tylko określenie dziewiczych, niedostępnych, niebezpiecznych, ale i pięknych ziem, wraz z ich fauną i florą, ale i ludzi zamieszkujących te ziemie.

Śpimy przy Stuart Higway (jedynej szosie łączącej w centralnej części kontynentu południe z północą), gdzieś pomiędzy Port Augusta a Woomera.
Dzień 8
Popołudniem docieramy do Coober Pedy - miasta założonego na początku 20 wieku po odkryciu opali. Ludzie zaczęli tu przyjeżdzać w poszukiwaniu tego drogocennego kamienia celem szybkiego się wzbogacenia i zakupienia sobie posiadłości w oddalonej o jakieś 850 km Adelajdzie. Nie zakładali zostania w tym małym, nadal bardzo czynnie górniczym miasteczku, na dłużej. Coober Pedy powstało na przekór ekstremalnym warunkom panującym w outbacku. Jak bowiem można znieść 40 stopniowe upały (latem temperatura nie spada poniżej 30 stopni)? Determinacja poszukiwaczy opalu była/jest na tyle duża, że budują oni podziemne mieszkania / bary / hotele a nawet kościoły, by schronić się przed parszywym upałem. Co najciekawsze nie dotarły tu wielkie koncerny górnicze ze swoimi welkimi maszynami. 

Mieszkańcy Coober Pedy całymi dniami szukają na własną rękę swoich opali przy użyciu konstruowanych bądź/i przerabianych na użytek amatorsko-górniczy maszyn/pojazdów. Kto oglądał Mad Maxa (jest ktoś taki kto nie oglądał?) na pewno kojarzy dziwne, jakby wyciągnięte ze złomowisk, przerobione na dźwigi, walce i inne traktory zabójcze auta. Taki klimat panuje w Coober Pedy, co nie może dziwić wiedząc, że właśnie na jego przedmieściach kręcono (między innymi) Mad Maxa. Na przedmiściach, ale także w centrum napotyka się tablice ostrzegające przed szybami górniczymi, do których można łatwo wpaść podczas nierozważnych turystycznych wędrówek. Klimat niesamowity.
Dzień 9
Mieliśmy odpuścić sobie buszmeńsko-pustynne wyprawy napędzane dwukopylastą krową. Chęć przygody i poznania sedna Asutralii pulsowała nam w głowach na tyle, że miast off-roadowe eskapady odpuścić, postanowiliśmy się jedynie w ich realizacji przyhamować. Dlatego nie wyruszyliśmy na wymarzoną, outbackową, ok. 600km trasę Oodnadatty, a jedynie wyruszyliśmy z Coober Pedy na ponoć malowniczą Painted Desert (trasą na Oodnadattę) i po zrobieniu ok. 250 km pętli mieliśmy nadzieję bezpiecznie powrócić na Stuart Higway w Cadney Park i kontynuować drogę do Alice Springs. Uprzednio naturalnie zasięgnęliśmy opinii ustnej lokalsów oraz zapoznaliśmy się z oficjalnym, wczorajszym komunikatem władz o stanie lokalnych dróg. Trasa zapowiadała się przejezdna również dla niepełnoosiowonapędzanych automobilów. Pytanie czy dom na kołach to w ogóle zalicza się do kategorii zdolnych do jazdy po drogach nieutwardzonych pojazdów nie opuszczało naszych myśli przez znaczną część eskapady. Okazało się jednak, że dom (tak go nazywamy - np. po piwku w barze - idziemy do domu? :) ) po zastosowaniu bezpiecznej, niestety często nużąco małej prędkości daje radę. W końcu autodom to też auto. Temperatura szybko przekroczyła granicę 40 st. C i ustabilizowała się na poziomie 42. Klima jednak dawała radę i wyłączaliśmy ją jedynie czasem, by zapacając się, bardziej się wczuć w safarijski klimat. Ogrom stepowej przestrzeni niesamowicie nas urzekł. 
Droga ciągnęła się kilometrami, a gdzie okiem nie sięgnąć ani śladu ludzkiej egzystencji. No może poza znakami drogowymi i przydrogowymi rekwizytami, typu opona samochodowa, tudzież wrak auta. Zwierzyny, poza dwoma jaszczurkami, mrówkami, bardzo natrętnymi, ale szczęśliwie dziś mało ilościowymi, muchami, oraz przyoazowymi (przyrzecznymi) nielicznymi ptakami) również nie uświadczyliśmy. Trochę mieliśmy ochotę na węża :) Jechało się fantastycznie. Do czasu! 10 km od Painted Desert - destynacji naszej wyprawy - napotkaliśmy na przeszkodę o bardzo małych naszym zdaniem szansach na pokonanie - mega zabłocone koleiny. Że podstawa domu to silne fundamenty, postanowiliśmy nie stawiać go na grząskim gruncie i z pokorą oraz niedosytem zawróciliśmy (Na szczęście nie oznaczało to totalnego - w tamtym momencie 150 km zawrócenia). Nic to. I tak zobaczyliśmy dziś niesamowity kawał outbacku. Może wrócimy tu w edycji 4x4.
Ok 60 km od końca wycieczki ugrzęźliśmy w błocie! Niepozorna na pierwszy rzut oka przeprawa okazała się mega zdradziecką pułapką. Auto stanęło. 3 tony w błocie. Masakra! Od jakichś 5 godzin nie minął nas żaden inny samochód. Przed oczami pojawiała się wizja snu na drodze, w oczekiwaniu na pomoc. Co jak rano pomocy nie będzie? Gdzieś tam się dojdzie, coś się wymyśli, ale powstaje mega problem, a firma od auta nałoży nam solidną karę, która zatrzęsię mocno naszymi dalszymi planami podróży. Spokojnie badamy sytuację - nie jest tragicznie - auto stoi na kołach - nie oparło się, tak jak Landcruiser na plaży, na elementach podwozia. Wygrzebujemy kończynami błoto z newralgicznych miejsc, utwardzamy koleiny roślinnością i po kilku nieudanych, acz napawających optymizmem próbach wygrzebujemy się z opresji.
Jeszcze mamy ochotę na pamiątkowe zdjęcia. Zatracamy ją, gdy szczęśliwi z kolejnej przygody, natrafiamy kilka kilometrów dalej na kolejną przeszkodę - rzeczkę. Godzina ok. 18. Jeśli zawrócimy, będziemy na twardej drodze za jakieś 6 godzin. A cel tak blisko. Bierzemy rzeczkę na pęd (masa x prędkość) - sukces. Od tej pory na każdy znak ostrzegawczy "Floodway" drżymy. Przeszkód jeszcze jest kilka - każda następna zdaje nam się trudniejsza. Zawsze jednak znajdujemy sposób. W końcu docieramy na Stuart Higway i na pierwszym lepszym zajeździe wyposażonym w prysznic patrzymy z zadowoleniem za zdezorientowane twarze ludzi obserwujące wysiadające z luksusowego autodomu brudasy. Ach - znowu mega przygoda. Ale krową już w outback nie wjeżdzamy.

Więcej zdjęć tu

niedziela, 9 stycznia 2011

Uluru trip part 2

dzień 4. Grampians Park.
Budzimy się rano jak zwykle o bardzo niemoralnie wręcz wczesnej porze, tylko po to by co 15 minut przestawiać budzik, do momentu gdy pora zrobi się już bardziej moralna. Ale to standard. Kolejne parę godzin porannych to walka w poszukiwaniu wirelessa, by móc w końcu połączyć się ze światem i zdać relację z naszych wybryków. Wreszcie spokojnie wyruszamy na zwiedzanie Grampians - jednego z większych zakątków australijskiej flory i fauny w stanie Victoria. Przez park ciągnie się mnóstwo fajnych tras offroadowych, które szczególnie nas kuszą, gdyż jesteśmy w posiadaniu buszkampera z napędem na 4 koła, a kuszą tym bardziej, bo mamy zakaz jeżdżenia nim po tych właśnie trasach.  Plan jest bardzo piękny - objazd po górskiej scenerii pełnej widoczków, wodospadów, jezior, stawów, zakończony spoczynkiem w cichym bezludnym miejscu wśród dzikiej przyrody, gdzie można zjeść przepysznego steka w palącym słońcu, wykąpać się przy użyciu podróżnej wersji prysznica (rzekoma część wyposażenia naszego kampera, ponoć gdzieś jest ale jeszcze nie wiemy gdzie) i ogólnie poddać się głębokiej niezakłóconej relaksacji, spoglądając na rozciągające się w oddali formacje skalne. Niestety nie tak do końca się wszystko udaje. Widoczki piękne, a i owszem. Próbujemy nawet kąpieli w  wodospadzie - co jest cudowne, gdyż exclusive - tylko dla nas. Żywej duszy wokół, tylko my, szum wodospadu spadającego na nasze spragnione wody ciała i otaczający nas busz. Podziwiamy również faunę. Po drodze napotykamy mnóstwo włażących nam pod koła dzikich zwierząt - głównie rodziny emu i kangury oraz inne kanguropodobne twory (np wyglądające jak kangury ale chodzące jak lisy, tudzież wyglądające jak szopy ale skaczące jak kangury).
Plan nasz doskonały psują nam jednak pozamykane (ze względu na powodzie) w wielu miejscach offroadowe trasy i konieczność - konsumującej nasz jakże cenny czas - jazdy naokoło. W końcu jemy steka nie w słońcu,  ale o zmroku, nie sami, ale wśród kąsających komarów i na kempingu, gdzie sporo ludzi, a sam stek też okazuje się nie tak przepyszny jak by się zdawać mogło patrząc na niego w sklepie zza kontuaru. Koniec wieczoru niby przemiły - przy ognisku w towarzystwie australijskich wspinaczy (aha bo w Grampianach są też fajne miejsca wspinaczkowe ponoć- jutro się przekonamy o tym), ale zakończony niespodziewanie szybko z powodu skaczących z przyogniskowego drzewa na nasze plecy owłosionych pająków! wielkości tarantuli - są ponoć nieszkodliwe, wystraczy takiego strzepnąć i znika. Ahaś, a jadowite węże też się ponoć bardziej boją od nas! Dziwni Ci Ozi, nic ich nie rusza. My za to psychicznie nie dajemy rady, więc zamykamy się w szczelnym aucie i tylko od środka słyszymy jak jakiś wielki zwierz pożera nasze śmieci, które nierozważnie pozostawiliśmy na zewnątrz.

Więcej zdjęć tu

Dzień 5.

Dziś wciąż Grampiany. Jest miło, fajnie i niczego nam nie brakuje. No może oprócz wody, która nieprzewidzianie się kończy i powoduje niemało stresu. Spokojnie! Pijemy  deszczkówkę o lekko żółtawym zabarwieniu, która po przegotowaniu nie jest wcale zła ("Blondynka w podróży" bardzo się przydaje, jeszcze raz wielkie dzięki!). Na szczęście są skały. Bez nich co poniektórzy pewnie by nie przetrwali. Skały są różne: granitowe, wapienne, piaskowe, wysokie i niewysokie, jedne gładkie, inne chropowate ... możnaby pewnie doktorat napisać.  Wszystkie za to bez wyjątku są chętnie macane przez mego męża, co ma ponoć związek z super tarciem, wąskimi krawądkami i obłymi kształtami. Czy ktoś coś z tego rozumie?
A tu mała relacja z walki (?) samca ze skałą.




Robi się późno więc ruszamy dalej. Do Adelajdy się już nie spieszymy, bo deal do Alice Springs (szczegóły dzień 1) został skanselowany. Samochód poprostu ktoś uszkodził i nie możemy już nim jechać .Nie spieszymy się więc, bo naprawdopodobniej w Adeli posiedzimy parę dni czekając na nową okazję, mając dużo czasu na zwiedzanie miasta i takie tam.
Noc zastaje nas w drodze gdzieś na wybrzeżu. Ruszamy więc furą na plażę, bo czemu nie? Mamy landcruisera to i piasek nam nie straszny! Zresztą miejscowi rybacy jeżdżą po tych plażach jak po autostradach. Okazuje się że jest git, piasek twardy,fura daje radę.
Pojawia się zatem śmielszy pomysł wjechania trochę wyżej pod górkę,  gdzieś gdzie nie będzie wody jak nadejdzie w nocy przypływ i pozostania tam na noc. Nie przewidujemy tylko tego, że na górce owej piasek jest suchy, bo nie zalewany przez mokre fale oceanu, przez co też jest miękki no i jest go więcej. I w ten oto sposób właśnie - moi mili- zakopujemy się autem w piachu na amen! Ruch wahadłowy to w tył to w przód, powoduje coraz większe zagłębianie się auta w piach, robi się nerwowo. I nie mamy łopaty.
Na szczęście merfi posiada coś lepszego - testosteron, który zwykle w takich sytuacjach wyzwala w nim fajtera - puls przyspiesza, para leci z uszu,  w oczach pojawiają się iskry, coś jakby na granicy obłędu. Bo jest wyzwanie, zadanie, z którym należy się zmierzyć. Odkopywanie trwa godzinę rękami nogami, garnkami czasem. Umacniamy glebę gałęziami. Kolejna walka się udaje. Ruszamy! Zmęczeni, ale szczęśliwi rozpalamy ogień, na którym pieczemy banany, potem przez niego skaczemy, kąpiemy się w oceanie przy jego świetle .....
Więcej zdjęć tu
Dzień 6

Już w Adelajdzie. Tu śpimy (jutro zobaczymy co dalej):

czwartek, 6 stycznia 2011

Uluru trip part 1

Dzień 1

 Od kilku dni czekamy na okazję. Brakuje nam transportu z Sydney do Melbourne. Tam czeka na nas Toyota Landcruiser Bushcamper, czyli solidne 4x4. Za 5$/dzień mamy ją w ciągu 5 dni zrealokować do oddalonej o 800 km Adelajdy, gdzie z kolei ma czekać na nas kolejna Toyota w drodze do środka spalonego kontynentu - Alice Springs. WIemy, że z Melbourne ruszamy 5 stycznia, choć do momentu odpalenia fury nie możemy mieć pewności, że ktoś nie wyrwie jej nam sprzed nosa. Tak działają tu tzw. relocation deals. Jedni wypożyczają auta na daleką podróż w jedną stronę, by inni musieli (mogli) za psie grosze, z reguły z doliczoną darmową benzyną (w naszym przypadku refundowane 150$ na paliwo) zawieźć auto z powrotem do domu. Zawarliśmy taką umowę. Wadą takiego rozwiązania jest fakt, że na okazje trzeba czychać i do końca nie można być pewnym sukcesu. Ponadto na przejechanie konkretnego odcinka ma się mało turystyczną liczbę dni. Z reguły jednak można dodatkowy dzień dokupić. My tak robilmy. Na odcinek Melbourne - Adelajda (ok.800 km) mamy 4 dni, na Adelajdę - Alice Springs  - ok.1500 km - 5 dni. Przy dobrym planie da radę co nieco zobaczyć.
Od kilku zatem dni czekamy na okazję taniego transportu do Melbourne. W poniedziałkowy ranek o 9 strony z ofertami czekają zatem na odświeżenie. Odświeżenie wszakże jest, ale niestety nic dobrego nie przynosi. Nic to - liczyliśmy się z tym i gotowi jesteśmy rezerwować wyszukane wcześniej połączenie pociągowe. Wyjazd 20, przyjazd 7 rano. Też może być ciekawie. Gdy okazuje się, że bilety są wyprzedane, przypomina nam się rozmowa sprzed kilku dni, że styczeń to wielki czas dla Melbourne, kiedy to rozgrywane są Australian Open i że bilety na wiele (nie tylko sportowych) eventów trzeba rezerwować ze spooorym wyprzedzeniem. Pociągiem zatem nie pojedziemy, chyba że za ponad 300$. Greyhound - autobus. Też nie - wyprzedane. Zaczyna się robić nieciekawie. Do czasu, gdy oczom naszym ukazuje się śliczny, srebrny Holden Commodore SV6, 3.6l w benzynie, 280 KM! w opcji 3 dniowej za 90$ jako seryjne, standardowe wypożyczenie. Może nie mega, ale zdecydowanie okazja. Jest szansa, że wyjdzie niewiele drożej niż pociąg. Szybkie finalizowanie pakowania i o 14 ruszamy w trasę. Początki ciężkie. Fura 3 razy większa od czarnej strzały (starej poczciwej Hondziny), kierownica z prawej, auto w automacie. Żeby tego było mało - ruch lewostronny. Jeśli dodać do tego fakt, że auto zaparkowane jest na wzniesieniu, a nieopodal kręci się człowiek z obsługi - nerwy są spore. Nerwowe są również pierwsze kilometry. Przyda się taki trening przed Landcruiserem. Też ponad 3 litry w turbo dieslu.
Zaopatrzenie w spożywczaku i wyruszamy. Po drodze spotykamy pierwszego dzikiego kangura - szkoda, że martwego - potrąconego przez inne auto. Opieramy się pokusie darmowego mięska na tydzień i jedziemy dalej, ale z jeszcze większą rozwagą. Pomni wielu ostrzeżeń o niebezpiecznej jeździe po zmroku, nie szarpiemy się na wielkie dystanse, ino spoczywamy w Duras. Już na pierwszym większym skrzyżowaniu tej małej mieścinki wita nas Kangur. Stoi na przydrożnym trawniku wyprostowany i nieruchomy niczym strażnik. Śpimy wśród kangurów. Nastawiamy na rano budziki celem upamiętnienia tych skocznych stworzeń w świetle wschodzącego słońca, jednak pogoda w pierwszym dniu naszej buszmeńskiej przygody nie dopisuje. Pół wieczoru i noc mży. Nic to. Może na pustyni będzie cieplej / suszej - pewnie jeszcze będziemy mieli dość.


Dzień 2

Żeby nie tracić czasu o 6 rano wyruszamy. Trasa z Sydney do Melbourne to nie outback - podobne krajobrazy można spotkać w Europie, ale gdy wyszodzi Słońce, doceniamy zielone, rozległe faliste krajobrazy i piękne, nadmorskie miasteczka. Trochę chyba przypomina nam to Chorwację, z tym, że tu wsystko jest większe i rozleglejsze. Podobają nam się drogi i zwyczaje podróżowania. Nie spotkaliśmy na drodze ani jednego wariata. Ograniczenie do 110, i tak ludzie jadą. Nikt się nie spieszy. Nie ma wariackich wyprzedzań na 3-ciego. Jednopasmówki co kilka kilometrów dostają dodatkowy pas, co by ci co rychliwsi mogli wyprzedzić ślimunów. Po drodze sporo ostrzeżeń o zgubnych wpływach mikrodrzemki za kierownicą i zachęt do odpoczynku. W naszym aucie co 2 godziny włącza się rest reminder i dopóki nie wyłączymy choć na chwilę silnika zaczynana denerwować. 

Do Melbourne dojeżdżamy ciemnym wieczorem. Szczęśliwie udaje nam się znaleźć nocleg parkingowy w przymorskim parku nie tak daleko od centrum. Nerwy tylko wzburza tajemniczy zboczeniec jaki czy co, co to zaparkował niedaleko od nas by ukradkiem spoglądać z krzaków w naszym kierunku. Po seansie wspomnianego już kiedyś Wolfcreeka, do każdego niepewnego, nienormalnego zachowania dzikusów podchodzimy z ostrożnością. Nic się nie stało. Przyjechał strażnik, wygonił inne auta, zamknął bramę parkingową na noc, a nam pozwolił zostać do rana.
Dzień 3

Żyjemy! Zboczeniec nas nie poćwiartował, tudzież w inny sposób zmolestował. Szybka sesja poranna panoramy Melbourne - wykorzystujemy czas, ograniczony przez ramy czasowe relocation deal'a na maksa. Poranek niestety znowu pochmurny. Szybkie sprzątanie naszej limuzyny i ruszamy. Auto udaje się oddać bez problemów. Po godzinie podpisujemy już umowę relokacyjną i oglądamy film instruktażowy jak jeździć dużym autem z napędem na 4 koła. O dziwo, jazda wydaje się jakaś prostsza - mimo gabarytów i manualnej skrzyni. To pewnie dzięki właśnie gabarytom, a konkretnie wysokości siedzenia - wszystko jak na dłoni. Zajebiste uczucie. Od dziś lubię duże auta :) I takie trochę starsze, żeby trochę skrzypiało i żeby bieg od razu nie wskoczył. Jak na safari. Jest bajka. Czujemy klimat i jest nam bardzo dobrze. Bujamy się w miejskiej dżungli i ruszamy na Great Ocean Road - prawie 300 km odcinek malowniczego wybrzeża na poł. - zach. od Melbourne. Jest rzeczywiście malowniczo. Jest także pięknie oraz wakacyjnie. I w większości słonecznie, choć często wietrznie.Bez pośpiechu podziwiamy kolejne plaże, laguny, drogowe serpentyny. Nie omijamy także wizytówki rejonu - 12 apostołów, czyli grupy piaskowych skał wyrastających z oceanu, na których swego czasu rozbijało się wiele statków. Apostołowie są piękni - jedni więksi, drudzy mniejsi - wszyscy jakby zdawali się strzec wybrzeża. Jeden ostatnio runął do morza... Ale na jego miejsce pojawił się nowy, a w kolejce na twórcze oceaniczne fale czeka kilku kolejnych. 

Great Ocean Road, i to nie tylko ze względu na fantastyczne widoki, co bardziej na ogólny klimat luźnego podróżowania w przepięknej scenerii, pochłania nas tak bardzo, że żeby zrealizować założony na dziś plan dotarcia do parku narodowego Grampians, decydujemy się, wbrew zaleceniom,  podróżować po zmroku.Kangury jednak zaczynają nibezpiecznie slalomować przed samochodem. Stoi taki grzecznie przy drodze, i gdy jesteś już prawie przy nim, wskakuje pod koła by przebiec na drugą stronę ulicy. Gdy już jest prawie bezpieczny po drugiej stronie, zmienia nagle kierunek i skacze z powrotem pod koła :) No co za sierściuchy paskudne. Nie ma co jechać 40 km/h. Do celu niewiele ponad to - nadrobimy rano. Zjeżdzamy na minipolankę, ładujemy się na tył naszego mobilnego domu, i z radością doznajemy najprzyjemniejszego od kilku nocy snu.